Czterdzieści cztery

Powieść socjologiczna

Rozdział IV – fragment

Autor: dnia 2 kwietnia 2013

Tak, to nie była zwyczajna sekcja sztuk walki.
Jeszcze w szatni Jakub był świadkiem ciekawej rozmowy. Jeden z uczniów Olka, Piotr chciał się „zwolnić” z treningu.
– Jutro mam sprawdzian z technologii, chcę iść się uczyć – tłumaczył się.
– Jak dużo się już uczyłeś? – zapytał Olek.
– Wczoraj cały dzień i dzisiaj, aż do teraz.
– Dlaczego nie zacząłeś wcześniej?
– Miałem inny egzamin.
– A zatem zrobiłeś wszystko, co mogłeś, aby się przygotować?
– Tak.
– A zatem zaufaj! Na świecie nie ma przypadków. Gdy rozwijamy się, walczymy z sobą, nie jesteśmy sami. Z czasem uwrażliwicie się i zaczniecie dostrzegać, że ktoś wam pomaga.
– Kto?
– System – Odpowiedział tajemniczo Olek.
– System?
– Są mistrzowie widzialni i niewidzialni – powiedział tonem, który miał dać do zrozumienia, że rozmowa skończona, może kiedyś dowiedzą się więcej.
Słuchając słów Olka, Jakub nie miał ani chwili wątpliwości, że wierzy on święcie w to, co mówi. Nie dostrzegł ani w tonie jego głosu, ani w mimice cienia dwuznaczności.
Co ciekawe, na kolejnym treningu Piotr opowiedział, jak na egzaminie dostał pytanie akurat z tego materiału, z którego był przygotowany. Olek oczywiście nie omieszkał tego odpowiednio „nagłośnić”. Jakub mógł obserwować, jak również tu działa stara katolicka zasada, że cuda wzmagają wiarę.
Tak, to nie była zwyczajna sekcja sztuk walki. Na szczęście jego osobiście, jako nowego, Olek traktował jeszcze ulgowo, przynajmniej na pierwszych treningach.
– Ruszać się! Dalej! Nie popuszczać sobie!
Biegli na czworakach dookoła sali. Potem taczki, a na ostatnim okrążeniu taczki w podporze na pięściach. Potem chwila odpoczynku – w podporze przodem, również na pięściach. Stali tak już parę minut. Kostki paliły żywym ogniem. Naskórek dawno się już zdarł. Przedramiona szaleńczo drgały z wysiłku.
– Gdy poczujecie, że już nie możecie, że to już ostatnie wasze siły, musicie jeszcze mocniej na siebie nacisnąć, przekroczyć tę granicę. Trzymaj Waldek! Nie puszczaj! Macie jaja czy nie?!!
Ciężkie krople potu spływały Jakubowi po twarzy, ręce drgały niemiłosiernie. Olek spoglądał na niego od czasu do czasu, widać było, że waha się, wypadało nowego traktować ulgowo, ale Jakub nieźle sobie radził, nadrabiając braki w sprawności zaangażowaniem.
– Dobra, powstać! W dwa szeregi, dalej, dalej! Szybko! Nie grzebać się! Naprzeciwko siebie! Utwardzanie! – Olek stanął przed Jakubem.
– Napnij mięśnie barku – Powiedział i uderzył. – Mocniej, to nie będzie bolało – Znowu uderzenie. Bolało, ale mniej. – Ty też uderzaj.
W sali po chwili słychać już było tylko głuche odgłosy zderzania się napiętych ciał i odliczanie „Ji! Er! San! Sy! Łu! Liu! Czi! Pa! Kiu! Szy!”. Kolejna dziesiątka i jeszcze jedna. Przedramiona zaczerwieniały się coraz mocniej.
Potem ćwiczyli techniki. Cios prosty. Blok po łuku w dół. Blok przedramieniem do wewnątrz. Pięćdziesiąt razy, i jeszcze raz.
– Niżej Robert! Niżej!
Stali w pozycji zwanej ma–bu, pozycji jeźdźca, szeroko rozstawionymi i mocno ugiętymi i skierowanymi na zewnątrz kolanami przy równoległych stopach. Mięśnie napięte do granic wytrzymałości. Starał się nie prostować nóg, ale nie były mu do końca posłuszne.
– Wytrzymaj! Jeżeli już nie możesz, ale nadal walczysz, zyskujesz szansę na dostęp nie tylko do energii witalnej, ale do kosmicznej.
Potem ćwiczyli tao–lu, po japońsku kata, czyli długą sekwencję ciosów, kopnięć, przejść do innych pozycji, bloków i uników zestawionych w sformalizowaną całość, przypominających taniec z cieniem, walkę bez przeciwnika, a raczej z wyobrażonymi przeciwnikami. Jakub mógł tylko nieudolnie próbować naśladować ich ruchy. Z tego co się zorientował, wyglądało to na styl wywodzący się z klasztoru Shaolin. Techniki były zamaszyste, dynamiczne, o dużym zasięgu, postawy niskie i stabilne, w odróżnieniu od Ving tsun, stylu Bruce’a Lee, który preferował bardziej naturalną pozycję ciała.
– Kata, tao–lu, macie traktować jak modlitwę, bo to jest modlitwa. Od dzisiaj, zanim położycie się spać, koniecznie: ząbki, siusiu i „kaciorek”. Gdy będziecie ćwiczyć tao–lu z pełnym zaangażowaniem, to może po parunastu latach ukażą się wam Mistrzowie i będą was osobiście uczyć.
Jakub słyszał już kiedyś takie opowieści, ale nie był w stanie stwierdzić, na ile Olek poważnie się do nich odnosił. Jego twarz pozostawała teraz nieprzenikniona.
Trening się skończył, Jakub też był prawie skończony. Bolała go każda komórka ciała. Chociaż czuł jednocześnie pewną satysfakcję, że nie poddał się, wytrzymał do końca. Poczuł smak zwycięskiej walki z sobą, tego narkotyku wojowników. Przekroczył siebie o mały krok, a zatem jest choć trochę lepszy niż był przedtem. Tak, niewątpliwie można poczuć się kimś lepszym. A przynajmniej kimś innym niż większość ludzi.
Z pewnego punktu widzenia była to prawda. Człowiek, który dąży do mocy, sytuuje się w zupełnie innym systemie wartości niż inni ludzie. Jako socjolog wiedział jak to nazwać: Spencer nazwał to etyką wojowniczą. W społeczeństwie, gdzie większość zabiega o karierę, pieniądze, przyjemności, czyli reprezentuje etykę społeczeństwa produkcyjnego, można poczuć się wyjątkiem. Nietzsche nazwał to mocniej: etyką panów i etyką niewolników.
Gdy się rozstawali tego dnia, Olek spojrzał na niego z wyrazem zadowolenia i uznania na twarzy i odciągnąwszy na stronę opowiedział przypowieść:
– Pewnego razu urodził się lew, jego rodzice go zagubili. Przygarnęło go stado owiec, wychowały go. Po paru latach zapomniał o tym, kim jest naprawdę, uwierzył, że jest owcą. Żył tak, żując trawę całe lata. Choć nie czuł się z tym dobrze, wierzył, że tak musi być. Pewnego dnia jednak w okolicy przechadzał się jakiś stary, wielki lew. Zobaczył śmiesznego młodego lwa żującego trawę wśród owiec i zaryczał ze śmiechu. Na dźwięk jego ryku wszystkie owce uciekły. Ale młody lew nie czuł strachu. Zaciekawiło go raczej to wielkie, piękne i potężne zwierzę. Ten ryk obudził w nim jakieś wspomnienia, coś w jego duszy zadrgało. Nie szukał już zbiegłego stada owiec. Pobiegł za starym lwem i zaczął jeść mięso, uczyć się polowania i ryczeć jak lew, a nie beczeć jak owca.
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
Rozdział IV - fragment, 10.0 out of 10 based on 1 rating
Kamil M. Kaczmarek

O autorze:

Kamil M. Kaczmarek

Kamil M. Kaczmarek, ur. 1973, jest socjologiem pracującym na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Opublikował cztery książki i wiele artykułów poświęconych socjologii religii, a także nowym ruchom religijnym.


Komentarze

Zostaw odpowiedź

*