Czterdzieści cztery

Powieść socjologiczna

Rozdział I i fragment rozdziału II

Autor: dnia 2 kwietnia 2013

Śliwiński ze starannie skrywaną ulgą dokonywał ostatniego w tej sesji wpisu do indeksu. Ten student nie zmęczył go tak, jak można by się spodziewać z faktu, że był ostatnim. Jego odpowiedzi zdradzały nawet, poza częstą już w obecnych czasach błyskotliwością i wygadaniem, autentyczne zainteresowanie przedmiotem. Zwłaszcza odpowiedź na ostatnie pytanie „Co się panu nie podobało w tej książce”, pozytywnie go zaskoczyła. Pytanie to, albo przeciwne, o to co się podobało, o ile były zadane z zaskoczenia, stanowiły dobry probierz myślenia studenta. Mimo swojego „luźnego” z pozoru charakteru były torturą dla praktyków tępego zakuwania. Okazało się jednak, że ten student faktycznie chciał coś wyciągnąć z zadanej lektury, dla siebie jako człowieka i dla siebie jako (potencjalnego) socjologa. Jego krytyka Manifestu komunistycznego była elegancko teoretyczna, żadnych ideologicznych banałów. Argumenty nie były może zbyt pogłębione, każdy absolwent dawnych wieczorowych Uniwersytetów Marksizmu i Leninizmu łatwo by je podważył, ale… może sam kiedyś do tego dojdzie. Na tle poprzednich studentów zdających w zwykłym terminie, a zwłaszcza niektórych nadmiernie wydekoltowanych studentek, które odwiedzały go później przez całą sesję poprawkową, ten zapowiadał się obiecująco, choć był dopiero na drugim roku studiów. Wrócił właśnie z zagranicznego stypendium, w czasie którego, nie ograniczał się wyłącznie do pracy na rzecz pogłębiania braterstwa między narodami, ale skorzystał też z tamtejszej fenomenalnie zaopatrzonej biblioteki.

„No, to na pół roku koniec z egzaminami”, pomyślał profesor, zapadając się w  fotelu. Gdy zamknęły się drzwi za wychodzącym studentem, wyciągnął fajkę i puszki z tytoniem. Zawsze mieszał dwa rodzaje tytoniu, zwykle odrobinę mocnej wędzonej syryjskiej lataki z delikatniejszą virginią, co w sumie dawało dość bogatą w smaku mieszankę. Wolał ją sobie sam przyrządzać, bo dostępne w lokalnej trafice zwykle miały w sobie jeszcze domieszkę pikantnego perique lub szorstkiego barleya, za którymi nie przepadał. Śliwiński uwielbiał eksperymentować z proporcjami swoich mieszanek. W dni pochmurne dawał zwykle nieco więcej latakii. W słoneczne pozwalał dominować virginii.

Po rozdrobnieniu sprasowanych liści i domieszaniu szczypty smolistej zawartości drugiej puszki, napełnił delikatnie fajkę, po czym ubił ją do połowy. Napełnił znowu i ubił do dwóch trzecich, na koniec dołożył jeszcze trochę ugniecionego w palcach tytoniu, który roztarty w fajce drewnianym kołeczkiem pod wpływem ognia stawał się niewielką warstwą wesoło syczącego żaru. W przeciwieństwie do ordynarnego kopcenia papierosów wyciąganych taśmowo z paczki taki rytuał wymagał pewnego skupienia i opanowania. W połączeniem z łagodnym działaniem narkotyku – jak wierzył Śliwiński – bardzo pozytywnie wpływał na zdolności poznawcze. Paląc fajkę trudno zostać znerwicowanym nałogowcem. Fajka ma swoje prawa. Między jednym a drugim paleniem powinna minąć przynajmniej doba, w trakcie której drewno wrzośca ma szanse należycie wyschnąć.

Wygrzebał ze swojej przepastnej torby pudełko zapałek. Było prawie puste, ale tak wytrawnemu fajczarzowi wystarczyła jedna, aby zwęglić wierzchnią warstwę tytoniu, po czym drugą wystarczyło już tylko delikatnie musnąć tytoń, by żar rozgościł się w główce fajki. Wkrótce pokój zapełnił się słodkawym dymem. Dobrze, że koledzy, z którymi go dzielił, nie mieli nic przeciwko fajce, choć sami już nie palili, ulegając nowej modzie na ekologiczny tryb życia. Za jakąś godzinę, powinien przyjść na swój dyżur doktor Remielski, więc jest jeszcze trochę czasu na zajrzenie do Internetu. Profesor  postanowił rozprostować nieco kości, przechadzając się po pokoju. Wyjrzał przez okno, ale widok nie był zachęcający. Nawet aura przypominała, że to już koniec wakacji. Lało jak z cebra od dwóch dni, aż nie chciało się wychodzić z przytulnego gabinetu.

Przebiegł wzrokiem po grzbietach książek, które, poupychane na starych regałach, zajmowały prawie wszystkie ściany w gabinecie. Były to raczej książki trzeciorzędne, które nie mieściły się już w domowych biblioteczkach członków katedry, duplikaty, a także trochę lektur wykorzystywanych na zajęciach ze studentami. Tak czy inaczej widok pomieszczenia ozdobionego w ten sposób robił na studentach spore wrażenie, zwłaszcza, że był to raczej wyjątek na Wydziale Nauk Społecznych i Historycznych. W Katedrze Socjologii Teoretycznej była to jednak stara tradycja sięgająca jeszcze czasów jej założyciela, który przed trzydziestu laty przyniósł komplet dzieł Marksa, mówiąc, że w domu nie „pasują mu do wystroju wnętrza”. Współpracownicy uznali, że to dobry pomysł. Uczeni nigdy nie należeli do zbyt zamożnej grupy ludzi, zwłaszcza ci, którzy bezinteresownie poświęcali się czystej nauce, toteż ich małe mieszkania szybko zaczynały być przeładowane książkami. A w ten sposób nawet w pracy mogli się czuć jak w domu.

Śliwiński rozpakował opasłą kopertę, którą odebrał rano w portierni. Zawierała najnowszy numer „Sociology of Religion”. Otworzył na stronie ze spisem treści, przeglądając listę artykułów. Na podstawie tytułów trudno było spodziewać się po nich wiele. Wyglądało, że są to same wąsko zakrojone empiryczne studia, wynik pracy amerykańskich uczonych, którzy badając własnych studentów, ciułali punkty wymagane przez pracodawców. Był raczej krytycznie nastawiony w stosunku do współczesnej socjologii, niemniej jednak z obowiązku musiał znać rezultaty najnowszych badań czy najnowsze teorie, które pod względem merytorycznym okazywały się często starsze od Arystotelesa. Rzadko się przydawały, czasami tylko używał ich na zajęciach ze studentami, by poćwiczyć z nimi wyłapywanie sofizmatów, nadętego a pustego niby-naukowego slangu, nieuprawnionych generalizacji i tym podobnych objawów degeneracji współczesnej humanistyki. Z podobnych powodów nie cierpiał też wszelkich konferencji naukowych. Ta rubryka w jego naukowym CV prawie zawsze pozostawała pusta. Śliwiński zaliczał sam siebie do naukowców „stacjonarnych”, turystykę pozostawiając innym. Zbyt dużo ciekawych książek pozostawało jeszcze do przeczytania, aby marnować czas na konferencje. Lubił naukowe dyskusje, ale wolał prowadzić je na łamach periodyków albo poprzez e-maile, do których się szybko przekonał, odkąd rok temu podłączono do Internetu wszystkie komputery na Wydziale. Nie miał może dość refleksu na szybkie riposty, a najlepsze argumenty przychodziły mu dopiero po kilkunastominutowym namyśle nad problemem. No i do dyskusji trzeba było dyskutantów. „Jakże trudno dziś o godnych wrogów” – pomyślał z żalem.

Mimo wszystko Śliwiński zaczął je przeglądać, rozważając, czy są warte lektury, gdy w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. „Cholera, jeszcze jakiś spóźnialski student?” pomyślał, ale głośno zaprosił intruza do środka.

Do pokoju weszło dwóch młodych mężczyzn, wysoki blondyn w czarnym golfie oraz nieco niższy brunet ostrzyżony „na rekruta”. Śliwiński w pierwszym momencie nie rozpoznał przybyszy, oślepiony światłem, które brutalnie wtargnęło z korytarza w półmrok gabinetu, ale po chwili odetchnął z ulgą. Byli to jego magistranci: Michał i Jakub. Nie umawiali się z nim na dziś, ale, co oczywiste, funkcjonowali w relacjach z nim na nieco odmiennych zasadach niż inni studenci.

Ostatnio szukali odpowiedniego tematu dla swoich prac magisterskich, a że obaj interesowali się problematyką związaną z socjologią religii, trafili do niego. Dla Jakuba sprawa była bardziej nagląca, został mu już tylko rok na pisanie.

Michała Śliwiński poznał pół roku temu, kiedy zgłosił się do niego po wykładzie. Poprosił o pozwolenie uczęszczania na seminarium, niewątpliwie namówiony przez Jakuba. Choć był najmłodszym z uczestników, dał się poznać jako uczeń niezwykle pracowity, choć może nieco zbyt pewny siebie, skłonny do pochopnych sądów. Obecnie zdał na czwarty rok, interesował się sektami, działał nawet w jednym z centrów informacji o sektach. Chciał napisać pracę albo o samym centrum, albo o jednej z sekt. Zainteresowania Jakuba, który już od roku uczęszczał na seminarium w katedrze, były bardzo podobne, ale on nie używał terminu sekta tak łatwo, generalnie był bardziej życzliwie nastawiony do nowych religii. Śliwiński domyślał się, że osobiście pewnie też penetruje okolice tak zwanej nowej religijności. Jakub miał ambicję opisania jakiegoś ruchu religijnego, którego dotąd jeszcze nikt nie badał. Rozważał pomysł pracy o ruchu szamanistów, bo choć działali całkiem otwarcie, to nie znalazł dotąd żadnej naukowej publikacji socjologicznej o ich polskim środowisku.

Jakub i Michał różnili się pod jeszcze jednym dość zasadniczym względem: osobistego stosunku do religii. Michał był katolikiem, a nawet gorliwym katolikiem. Śliwińskiego zawsze zadziwiało, ile energii wkłada w to, aby katolikiem pozostać. Nie zadowalał się po prostu znajomością „tego, co Kościół naucza i do wierzenia podaje”, ale starał się dociec, skąd ten czy inny dogmat w credo Kościoła się wziął i jak jest dzisiaj uzasadniany. Stąd też częściej niestety czytał teologów: Rahnera, von Balthasara, Ratzingera czy Gnilkę niż Webera, Bergera, Bourdieu czy innych socjologów. Jakub odwrotnie, był, na ile Śliwiński mógł się zorientować, raczej agnostykiem, choć dużo bliżej było mu do religii Orientu, a to chyba dlatego, że jak sam powiadał, religie te same nie traktowały siebie zbyt poważnie, przynajmniej w porównaniu z monoteistycznymi  religiami księgi. Śliwiński częstokroć był świadkiem ich sprzeczek, co, jak się domyślał, nie było zachowaniem zbyt reprezentatywnym dla ich znajomości. Po prostu, przy nim częstokroć musieli rozmawiać o religii, podczas gdy przy piwie albo w czasie wędrówek po górach mogli dyskutować o polityce, nauce, kobietach, sztuce i wszystkim innym. Śliwiński odnosił zresztą też wrażenie, że w czasie wizyt u niego specjalnie zaostrzali swoje stanowisko, może po to, aby pokazać się z lepszej strony? Sam jednak nigdy nie zadawał otwarcie pytań dotyczących osobistych przekonań religijnych studentów, choć go to żywo interesowało, a raczej ciekawiło. Zwłaszcza obserwowanie procesu erozji pod wpływem perspektywy socjologicznej wyniesionych z domu czy szkolnej katechezy naiwnych wierzeń.

Choć czasem zdarzał się też proces przeciwny. Pewnego razu z niemałym osłupieniem wysłuchał podziękowania od studenta, który rzekomo odnalazł Boga dzięki jego wykładom. Do dziś Śliwiński nie potrafił odgadnąć, cóż takiego w jego wykładach mogło doprowadzić kogoś do wiary religijnej i to do tego stopnia, że student ów wstąpił później do seminarium.

Dla większości jednak studentów doświadczenie spojrzenia na własną wiarę beznamiętnym okiem zewnętrznego obserwatora stanowiło znaczący wstrząs. Niektórzy jeszcze bardziej rozluźniali swą więź z religią i tak już nadwątloną w okresie młodzieńczego buntu. Inni uruchamiali szereg mechanizmów obronnych, by nie przyjąć do siebie konsekwencji tej perspektywy, traktowali socjologię religii jako obcego czy intruza, którego trzeba wyminąć i zapomnieć o spotkaniu. Tylko nieliczni podejmowali trud ponownego, świadomego poskładania swojego światopoglądu religijnego naruszonego tą kolizją, a Michał z pewnością się właśnie do takich studentów zaliczał.

– Dzień dobry panie profesorze, cóż za ładny aromat, czyżby „Amfora”? – zaczął Michał.

Pytanie to było niemal sakramentalne, ktoś kto fajki nie palił, nie znał w zasadzie innej nazwy marki tytoniu niż „Amfora”, której zresztą Śliwiński nie lubił. Był to jedyny importowany tytoń fajczany w czasach komunistycznych, uchodził za „ten lepszy” w porównaniu do produktów rodzimego przemysłu tytoniowego, które nadawały się może do trucia myszy czy odpędzania insektów, ale nie do palenia. Z całą pewnością nie dałoby się pomylić Amfory z latakią. Potraktował jednak tę uwagę jako życzliwe zagajenie.

– Dzień dobry moim magistrantom. Cóż sprowadza niezłomnych poszukiwaczy prawdy do Świątyni Poznania?

– Kuba ma do pana sprawę, znalazł coś ciekawego – zaczął Michał, siadając na wskazanym przez profesora krześle. Z miejsca też zabrał się do czyszczenia swoich idealnie czystych okularów, co było jego swoistym rytuałem.

– Wydaje mi się – zaczął Jakub, nieskładnym sposobem wyrażania zdradzając wyjątkową jak na niego ekscytację – znaczy, jestem prawie pewien, że natrafiłem na jakąś nową grupę religijną, zupełnie nie wiem jak ją ugryźć. Szczerze mówiąc, niewiele mogę o niej powiedzieć konkretnego.

– A jak pan na nią trafił? – zapytał zaintrygowany Śliwiński.

Nowa grupa w naszym mieście? Akurat pod tym względem wszystko co nowe wydawało mu się szczególnie intrygujące, stwarzało rzadką szansę naukowego uchwycenia procesu powstawania religii, a ten proces go od dawna interesował. Któryż socjolog czy religioznawca nie chciałby być przy narodzinach chrześcijaństwa czy buddyzmu? Ta szansa już przepadła. Przez ostatnie stulecia nie było ich w okolicy zbyt wiele. Ostatnio jednak raj sam przyszedł do socjologów. Religie powstawały jak grzyby po deszczu (a w większości też padały jak muchy). Śliwiński nie wierzył w żadne tam „Nowe Ery”, po prostu, jak to przewidział już wielki Platon, demokracja nie ogranicza się do sfery politycznej, rozlewa się na całą kulturę, w tym na religię. Ludzie brali sprawy nadprzyrodzone we własne ręce.

Niestety większość religii nowych w Polsce powstało już dość dawno, i dość daleko. Najczęściej w Europie Zachodniej lub Kalifornii, a te najstarsze – na Dalekim Wschodzie. Nieliczne tylko były tworem lokalnym. Zazwyczaj stanowiły albo próbę wskrzeszenia zagubionej religii prasłowian, albo też próbę autorskiej syntezy różnych nauk orientalnych, teozoficznych czy innych. W czasach komunizmu przedszkolem dla twórców nowych religii były różne kluby i stowarzyszenia psychotroniczne, radiestezyjne czy astrologiczne, na które władze przymykały oko, dopóki w ich ramach nie uprawiano polityki. Zdarzali się w tych środowiskach ludzie, którzy odkrywszy w sobie jakieś niezwykłe zdolności zaczynali skupiać wokół siebie grono uczniów czy wyznawców. Oczywiście było też kilka wolnych kościołów, które znalazły własny klucz do Biblii albo nową więź z Chrystusem, a raczej, jak woleli się wyrażać, Jezusem. Śliwiński znał je wszystkie, zapewne lepiej niż Jakub, ale miał cichą nadzieję, że jego student go zaskoczy.

Jakub rozpoczął swą opowieść:

– Byłem na spotkaniu, a w zasadzie na wykładzie takiego Kurpkowskiego, to taki szaman, a właściwie szamanista. W sumie było może z sześćdziesiąt, może więcej osób, większość studentów, trochę artystycznie czy ezoterycznie usposobionych pań w średnim wieku. Właściwie od początku wykładu kilka osób zaczęło przerywać prowadzącemu gromkim śmiechem. Nie, żeby mówił coś śmiesznego. Opowiadał właśnie o łaźni potów, sweatlodge’u, potem mówił o „zakopywaniu się do ziemi” i innych szamanistycznych technikach pracy z umysłem. Im jednak wszystko wydawało się śmieszne. Chociaż nie – skorygował po sekundzie zastanowienia – nie powiedziałbym, że śmieszne. Ich śmiech był bardzo specyficzny, nie był to śmiech spontaniczny, jak śmiech z dowcipu, raczej taki śmiech bez powodu albo jakby nieco wymuszony. Był to taki mocny śmiech, jakby przeponowy. Byli rozrzuceni po sali, ale ten śmiech był na tyle charakterystyczny…, no po prostu nikt inny się nie śmiał. W zasadzie ludzie byli wkurzeni, to znaczy zirytowani, faceci po prostu przeszkadzali, rozbijali spotkanie. Ale to jeszcze nic, potem, kiedy wykładowca jakoś dociągnął do końca, zresztą mówił całkiem ciekawie, miał sporą wiedzę o tym, o czym mówił, no więc jak skończył i chciał dać szansę kilku zainteresowanym zadać pytanie, jeden z nich prawie się na niego rzucił. No może przesadziłem, ale w każdym razie bez pardonu go zaatakował. No, że jest oszustem, a nie prawdziwym mistrzem, że proponuje ucieczkę od realnego życia, że to nie jest droga rozwoju duchowego… Niestety w najciekawszym momencie wkroczyła, chyba przedwcześnie zaalarmowana, ochrona ośrodka i wyprowadziła delikwenta. Za nim wyszło kilkoro jego towarzyszy – Jakub opowiadając, cały czas obserwował twarz profesora, teraz, gdy skończył, zapytał nieśmiało. – Czy kojarzy się to panu z czymś?

– Hhm… zastanawiające… Trochę mało wiemy – przyznał Śliwiński wypuszczając z ust strumień dymu – Niech pan spróbuje przypomnieć sobie wszystko, co mówili, jakich argumentów używali, jak wyglądali, jak się zachowywali.

– Cóż, trudno to powtórzyć, ich, w zasadzie jego, bo tylko ten jeden mężczyzna się odzywał, no więc jego sposób mówienia był… to był ton nieznoszący sprzeciwu, niedopuszczający dyskusji, bardzo apodyktyczny. Co mówił?… jego argumentacja szła w tym generalnie kierunku, że rozwój duchowy powinien dokonywać się w ramach życia codziennego, taka Weberowska asceza wewnątrzświatowa… – Śliwiński ucieszył się, że Jakub przeczytał w końcu Webera. – Bardzo podkreślał, takie odniosłem przynajmniej wrażenie, rolę mistrza, zarzucał facetowi, że uczy technik, ale nie bierze odpowiedzialności za rezultaty ich stosowania. I że te techniki były nieżyciowe, nie wnosiły nic do codziennego życia. Jakoś tak. Chciałem go już zapytać, co konkretnie proponuje, ale już „wychodzili”.

– Rzeczywiście, zastanawiające. W tej chwili nie kojarzy mi się to z niczym, muszę zebrać myśli… A co wy o tym sądzicie? – Śliwiński chciał najpierw sprowokować ich do myślenia zanim wyrazi własne zdanie, zwłaszcza, że w tym temacie trudno było jakieś mieć.

– To z pewnością jakaś sekta, a facet musiał być jej prorokiem – skonstatował nieco banalnie Michał.

– Co masz na myśli mówiąc „sekta”? – odparł Jakub, z miną wyrażającą rozzłoszczenie i znudzenie. Od dawna spierali się w tym temacie i złościło go, kiedy kolega używał tego terminu tak niefrasobliwie. – Zgodziliśmy się, że nie używamy słów obciążonych pejoratywnie.

– To jak inaczej ich nazwać? Nowy ruch religijny? Nie wiemy czy jest nowy, religijny a do tego, nie wygląda na ruch, tylko na zwartą, zdyscyplinowaną organizację. Sam przyznałeś, że facet był apodyktyczny i agresywny…

– Mówiłem o moich odczuciach, a nie o faktach…

– Panowie, panowie, lepiej pomyślmy – przerwał sprzeczkę Śliwiński. – Tak naprawdę niczego jeszcze nie wiemy. Panie Jakubie, czy jakoś się przedstawili?

– Nie. Dawali tylko do zrozumienia, że reprezentują „to właściwe” podejście.

– Pomyślmy – Śliwińskim był już pewien, że to żaden z ruchów, które znał z lokalnej prasy czy warsztatów ze studentami, w ramach których opisywali krajobraz religijny okolicy. Stwierdził, że zostaje tylko zdać się na dedukcję, posiłkując się intuicją opartą na jego erudycji i, jak wierzył, wspartą mocą tytoniowego dymu. – Najpierw: o czym świadczy używanie przez nich terminu „mistrz”?

– Struktura hierarchiczna – powiedział Michał – osobista więź, relacja mistrz–uczeń, system inicjacyjny… – grał skojarzeniami.

– Nie jest to chyba joga ani system hinduski, bo użyłby terminu guru – zauważył Jakub.

– Prawdopodobnie ma pan rację – potwierdził Śliwiński – A jakie znacie inne systemy inicjacyjne?

– Chasydyzm, sufizm, różne tajne bractwa ezoteryczne? – zgadywał Michał.

– Żydzi? – Ożywił się Jakub – Faktycznie większość z nich nosiła brody, a po wyjściu z sali – bo oczywiście za nimi wyszedłem – włożyli czapki. Może jakaś grupa kabalistów? No kurczę, żałuję, że ich nie zagadałem…

– Taak, no cóż, miejmy nadzieję, że okazja się powtórzy – Śliwiński zastanawiał się, jakby sam zachował się w takiej sytuacji. – Jak pan sądzi, po co oni w ogóle tam przyszli?

– Hm, pomyślmy, skutkiem było na pewno zirytowanie osób zainteresowanych tematem… Ale skutek nie zawsze pokrywa się z intencją. Zachowywali się trochę jak, sorry Michał, jak ci z protestanckich centrów antysekciarskich. Ale z pewnością nie byli chrześcijanami, przynajmniej niczym tego nie zasugerowali. Może chodziło im o werbunek niezdecydowanych…?

Śliwiński gestem uspokoił Michała, który poczuł się nieco dotknięty uwagą o centrach antysektowych, a Jakub ciągnął:

– Tak więc, prawdopodobnie, przychodzą na cudze spotkania werbować adeptów. Dlaczego nie organizują własnych?

– Dobre pytanie, Jakubie – powiedział Michał. – Ich opis nie pasuje do niczego, z czym zetknęliśmy się dotychczas, żadne z ogłoszeń, jakie pojawiło się na murach, przejrzałem trochę naszych materiałów, ale tamte grupy znamy, wiemy jak się zachowują, nic mi nie pasuje do tego, co opisałeś.

– Może to organizacja tajna? Konspiracja jest jedną ze strategii najczęściej obieranych przez nowe religie w celu uniknięcia ataków religii większościowych albo generalnie opinii publicznej – podsunął Jakub.

– A to znaczy, że mają świadomość, że ujawniając się, dostarczyliby powodów do ataku! – Ożywił się Michał.

– W Polsce nie trzeba dawać powodu by być przedmiotem ataku ze strony… – Jakub przerwał nie chcąc wdawać się w kolejną kłótnię. – Nie ważne. W każdym razie albo jest to organizacja, która już działała i została zaatakowana, a wtedy powinny być jakieś tego ślady, albo jest to organizacja, której liderzy reprezentują sporą intuicję socjologiczną i ukrywają się profilaktycznie.

– To dlaczego teraz się ujawnili w taki sposób?

– Jakoś werbować muszą. I tak mniej się ujawniają, podbierając uczniów innym niż organizując imprezę pod własnym szyldem. A może faktycznie jest to coś zupełnie nowego?

Obaj młodzieńcy milczeli zafrapowani. Śliwiński postanowił im pomóc.

– Nie mamy pewności, że organizacja ta powstała u nas, może w innym mieście, a może nawet kraju, i tam doszło już do starcia ze społeczeństwem i stąd ich filia w naszym mieście od razu przyjęła taką strategię. Tak, tego nie wiemy. Przeglądajcie zatem też materiały dotyczące innych miast. Warto napisać też do ośrodków antysektowych, pan Michał na pewno ma sporo znajomych w tym środowisku – Śliwiński poczuł się przez chwilę jak dowódca sztabu operacyjnego. Teraz zwrócił się do Jakuba –  A pan niech spróbuje porozmawiać z prelegentem albo z innymi ludźmi z tego środowiska, może już się zetknęli z ich działalnością.

– Jestem jeszcze umówiony z dwoma szamanistami. Prawdopodobnie sami teraz zachodzą w głowę, o co chodzi.

– Drugim tropem, na który musicie zwrócić uwagę, jest druga charakterystyczna rysa w ich zachowaniu: głośny śmiech. Czy to wam się z czymś kojarzy?

– Zupełnie z niczym – przyznali młodzi naukowcy.

– Mi chodzi po głowie jedna myśl, która skierowałaby nam trop jednak na wschód, ale muszę to jeszcze sprawdzić. Dam wam znać. Przykro mi, że nie mogę wam na teraz bardziej pomóc. Musimy mieć więcej informacji.

* * *

– No i co, nadal nic nie wiemy – zagadnął Jakub, gdy już usiedli z piwem w pobliskim pubie.

– A czego się spodziewałeś? – odparł Michał przecierając okulary – Śliwa to zaprzysięgły teoretyk. Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie, gdy zgodził się kierować naszymi pracami. W sumie socjologia religii, to raczej jego poboczne zainteresowanie. Trudno powiedzieć jaką facet ma wiedzę o współczesnych religiach. Z wykładów wydaje się, że więcej wie o początkach chrześcijaństwa niż o Kościele Zjednoczeniowym.

– Nie znasz go jeszcze, o Kościele Zjednoczeniowym przeczytał więcej, niż ty zdążysz do końca życia, zwłaszcza, że nie znasz angielskiego. Jeśli on nie wie, o co chodzi, to chyba rzeczywiście zupełnie nowa grupa, której nikt dotąd nie odnotował – Jakub był wyraźnie zaintrygowany.

– Szczerze mówiąc, wolałbym, gdyby się okazało, że to organizacja stara, a tylko tajna.

– Chciałbyś odkryć kolejny Prieuré de Sion? – zaśmiał się Jakub – mało ci jednego? – niedawno podrzucił koledze książkę, zresztą światowy bestseller sprzed kilkunastu już ponad lat, w którym autorzy dowodzili istnienia tajnej organizacji przechowującej tajemnicę o potomkach samego Jezusa.

– Widzę, że bardzo się przejąłeś tą nędzną amatorszczyzną. Egzegeci czytają to jako zbiór dowcipów – Michał mimo wszystko sprawiał wrażenie lekko rozzłoszczonego. – A zresztą, zastanów się, na zdrowy rozum – dodał spokojniej – jeśli Jezus nie jest tym, za kogo ma go chrześcijaństwo, jeśli nie jest Bogiem, to dlaczego ktoś miałby się przejmować jego potomkami?

– No dobrze, nie złość się, ja tam się na tym nie znam, mi obie hipotezy, co do boskości czy co do królewskości Jezusa wydają się równie naciągane, ale nie mówmy już o tym. A co, tak szczerze, sądzisz o tej grupie, którą zaobserwowałem?

– Wydaje mi się, że interesujący są tylko dlatego, że tak mało o nich wiemy. Ale jeśli szukasz tematu na pracę magisterską, to może warto to sprawdzić.

– A ty w to nie wchodzisz?

– A tak właściwie, w co?

– Zobaczymy. Mam przeczucie, że to może być interesujące.

– Ty masz przeczucie?! – zaśmiał się Michał.

– W każdym razie Śliwiński ma rację, najpierw muszę rozpytać w środowisku.

– Słuchaj Kuba – zapytał Michał, gdy już mieli się rozstać – u Śliwy coś wspominałeś o „ascezie–jakiejś–tam”… O co w tym chodzi?

– Nie czytało się Webera, co? Gdy rezygnujesz z pieniędzy, polityki, seksu, zamykasz się w celi, aby osiągnąć zbawienie, to uprawiasz wtedy ascezę-odrzucającą-świat. Gdy zakładasz chrześcijańską partię, wprowadzasz w biznesie zasady katolickiej nauki społecznej, a twoja żona zbawia się, rodząc ci dzieci, to uprawiasz wtedy ascezę wewnętrzświatową, czyli taką, która przekształca świat w imię ideałów religijnych. Proste?

– Proste. Dzięki za korepetycje.

– Do usług. Zapytaj tych swoich przyjaciół – inkwizytorów, czy nie natrafili na jakiś „eksów” z tej grupy – przypomniał Michałowi na pożegnanie. „Eksami” nazywali byłych członków.

* * *

Wieczorem następnego dnia zajrzał do wydziałowej czytelni, gdzie udostępniono studentom dwa komputery podłączone do Internetu. Słyszał, że ponoć można już korzystać z sieci za pośrednictwem telefonu, ale na razie nie było go stać na modem, nie mówiąc o płaceniu przynajmniej podwojonego rachunku telefonicznego. Na szczęście, o tej porze nie było już kolejki. Ostatni student właśnie wstawał od klawiatury, ale spostrzegając czekającego Jakuba, powstrzymał się przed wyłączeniem maszyny. Był to niezłej klasy (jak na polskie warunki) komputer Pentium wyposażony w procesor taktujacy zegarem z zawrotną szybkością 256 Mhz i wyposażony aż w 16 megabajty pamięci operacyjnej, Jakub miał nadzieję, że kiedyś będzie go stać na sprzęt tej klasy, a póki co odszukał ikony z przeglądarką Netscape Navigator. Wszedł na stronę ze swoją darmową skrzynką pocztową i sprawdził, czy nie pojawiła się jakaś korespondencja. Był jeden nieprzeczytany mail, ale za to od Śliwińskiego! Napisał go już chyba z domu, widać przejrzał kilka publikacji i wykonał jakieś telefony:

Poszukałem i znalazłem. Istnieje coś takiego jak joga śmiechu. Jedna kobieta nawet tego naucza, ale nie w naszym mieście. Stosuje zresztą raczej formułę luźnych warsztatów. Uważa, że jest pierwsza w Polsce, była bardzo zdziwiona, gdy jej powiedziałem, że prawdopodobnie istnieje grupa, która praktykuje tę technikę. Bardzo jej zależało, aby przekonać mnie, że z tego nie da się zrobić sekty (czyli, że ona by nie potrafiła). Przykro mi, że ten trop nie prowadzi dalej. Pozdrowienia!

Jakub bardzo ucieszył się z tego listu, nie dlatego, iżby wiele wyjaśniał, ale widać profesor uznał, że jego „znalezisko” jest warte zainteresowania.

Jakub postanowił jeszcze zajrzeć na stronę internetową szamanistów. Wiedział, że mają tam własną bramkę do Usenetu, a na nim własną grupę, którą systematycznie obserwował. Tym razem postanowił wykroczyć poza obserwację i spróbować samemu sprowokować dyskusję na nurtujący go temat:

Czy ktoś był na ostatnim wykładzie Kiszczewskiego o swetlodż’u?” – napisał. Gdy tylko wysłał wiadomość system zaczął spowalniać, po czym lawinowo wyskakiwały białe okienka z alarmem, coś o „illegal operation”. Po chwili przestała reagować klawiatura i myszka, by wreszcie pojawił się znajomy niebieski ekran. Jakub zdążył się do takich wypadków przyzwyczaić pracując na Windows 3.11, ten nowszy system padał i tak o wiele rzadziej. Na szczęście, nie utracił tym razem żadnych danych. Zamiast restartować komputer po prostu go wyłączył i poszedł do domu.

Po kolacji usiadł w fotelu, w którym spędził tyle długich godzin na czytaniu. Zaczęło się to przed czterema laty, po śmierci rodziców, wtedy miało cechy ucieczki. Potem stało się niemal nałogiem. Jakub nie połykał książek, czytał je długo, starannie dobierał pozycje warte czytania i potem spędzał nad nimi długie dni. Często po przeczytaniu jednej strony wstawał i spacerował po pokoju, aby dobrze przetrawić jej treść. W rezultacie nie mógł się wprawdzie chwalić niezwykle szeroką erudycją, ale te książki, które przeczytał, pamiętał i znał doskonale, czasem cytując z pamięci całymi fragmentami. Dopiero ostatnimi czasy zaczynała narastać w nim chęć, aby ponownie zejść na ziemię i nawiązać bardziej bezpośredni kontakt z rzeczywistością. Zaczął czytywać gazety, bywać częściej wśród ludzi – tak poznał Michała. Z książek wprawdzie nie zrezygnował, ale coraz częściej ćwiczył się w samodzielnej obserwacji i konfrontowaniu wyczytanej wiedzy z tym, co widział. Tak też teraz nie sięgnął po żaden z czekających cierpliwie na niego tomów, tylko zamyślił się.

„Zbierzmy fakty: po pierwsze struktura grupy. Z tego co mówił ten gościu, jest tam jakaś forma guru–jogi, czyli rozwoju duchowego poprzez oparcie się na mistrzu. Mistrz ma ponosić odpowiedzialność za ucznia. Czy ich zachowanie to potwierdzało?” Jakub wyrzucał sobie, że nie zagadnął choć któregoś z członków tajemniczej grupy, może zaprzepaścił tym samym wyjątkową okazję. Tym bardziej, niczym Sherlock Holmes, usiłował sobie jak najwięcej przypomnieć i wydedukować z każdego szczegółu choćby najdrobniejszą wskazówkę. „Szkoda, że facet przemówił na końcu, może zauważyłbym coś w zachowaniu pozostałych względem niego. Jakieś gesty okazywania szacunku, oczekiwanie na komendę. Zaraz, w jaki sposób oni wyszli…, czy dał im jakiś znak?… To na nic. Jestem jednak amatorem.” – pomyślał zrezygnowany, nie mogąc sobie niczego takiego przypomnieć – „Mogli być umówieni. Może robili to już dawniej i wiedzieli jak postępować? Muszę popytać w «środowisku», może jogini będą coś wiedzieli. Na szamanistów chyba bym jednak nie liczył, ich spotkania były zbyt sporadyczne, mało nagłośnione. W zasadzie można się o nich dowiedzieć jedynie z informacji rozpowszechnianych na grupach dyskusyjnych w Internecie czy niskonakładowych periodykach. Jeśli nie mylę się, co do strategii rekrutacyjnej tej grupy, to jest mała szansa, aby się często pojawiali się na tak ekskluzywnych zgromadzeniach.”

Wkrótce uznał te rozważania za tak wątpliwe, że aż bezcelowe i zabrał się za lekturę zadaną mu przez Śliwińskiego. Miał napisać referat na pierwsze seminarium w tym semestrze, a został tylko tydzień. Chciał mieć to już za sobą, by móc ze spokojnym sumieniem rzucić się w wir poszukiwań. Przeczuwał, że za ostatnią stroną, jeszcze nienapisanego referatu, czeka na niego przygoda. Ale referat musi zostać napisany. Miał w nim naświetlić najważniejsze ruchy orientalne występujące w Polsce. Przeczytał jeszcze raz rozdział o krisznaitach.

Zadziwiało go, że dla pewnych ludzi taki rygorystyczny rytualizm mógł być pociągający. Cóż, widać niektórzy tego potrzebują. Jest to z pewnością jakaś ścieżka, dająca poczucie bezpieczeństwa, określoności. Świat relacji międzyludzkich staje się uporządkowany, a w pewnych wypadkach zyskuje nawet cechę nieuchronności, niczym sama przyroda. Wiadomo, że pewnych rzeczy po prostu nie można. Tak jak nie można fruwać, nie można też jeść mięsa, odpowiedzi są zawsze jednoznaczne. Jest to zawsze pewna oszczędność sił i czasu, nie trzeba za każdym razem rozstrzygać czy coś jest dobre czy złe, prawdziwe czy fałszywe. Prawa moralne nieubłagane jak prawa fizyki, a nawet bardziej, bo przecież ponoć, w co Jakub nie wierzył, wybitni jogini odrywali się od ziemi.  A on? – zamyślił się – na czym się opierał? Poczuł, wraz z narastającym zrozumieniem, lekką zazdrość do tych wszystkich ludzi: krysznaitów, muzułmanów, ortodoksyjnych żydów, których życie reguluje 613 szczegółowych przykazań, nawet chrześcijanie są w lepszej sytuacji – mają swój dekalog i parę przykazań kościelnych.

Przypomniał mu się wykład Śliwińskiego o Émilu Durkheimie. Zamknął oczy i jakby słyszał głos profesora: „Durkheim utworzył pojęcie anomii przez zaprzeczenie do greckiego słowa nomos – norma, prawo, obyczaj. Zauważcie państwo, że brzmi ten termin jak nazwa choroby, jak bulimia, anemia, pneumonia – nie przypadkowo! Anomia jest chorobą, chorobą społeczną, zachodzącą zwłaszcza w sytuacjach kryzysu albo dobrobytu, patologicznym brakiem norm, reguł, przy pomocy których społeczeństwo ogranicza jednostki, a jednocześnie daje im zestaw stałych punktów odniesienia. Gdy wszystkie normy są podważane, relatywizowane, gdy już nic na pewno nie obowiązuje – mamy do czynienia z anomią. To choroba nadmiaru wolności. Człowiek ogarnięty anomią czuje się tak jak ślepy astronauta wyrzucony w przestrzeń kosmiczną: żadnych dźwięków, niczego nie widać, przedmioty, które wpadają mu w ręce są tak samo zawieszone w próżni jak on. Gdzie jest góra, gdzie jest dół? Czy porusza się, czy też tkwi w bezruchu? A jeśli się porusza, to dokąd? To, co taki astronauta odczuwałby w wymiarze przestrzeni, człowiek ogarnięty chorobą społeczną zwaną anomią odczuwa w nieskończenie istotniejszym wymiarze ludzkiego istnienia: w wymiarze sensu, znaczenia, wartości. Czy to, że żyję, ma jakikolwiek sens? Czy dokądś swoim życiem zmierzam? I czy ten cel ma jakiś sens? Co jest dobre, a co złe?” Jakub pamiętał, że Śliwiński zakończył swój wykład ostrzeżeniem: „Pamiętajcie państwo, że was ostrzegałem: niewiele jest bardziej anomizujacych zajęć niż nauka, zwłaszcza socjologia. Im bardziej się w nią zagłębiacie, tym bardziej narażacie się na anomię. Dotyczy to zwłaszcza teorii. Niewiele wam grozi, gdy poprzestaniecie na badaniach empirycznych, ale też niewiele, tak naprawdę, będziecie wtedy rozumieć, z tego co się dzieje.  Nie ma sensownej empirii bez wskazówek teorii. Inaczej można się tylko bezmyślnie gapić na świat. Gdy wgłębicie się w teorię, nic już dla was nie będzie oczywiste. Jak podporządkować się regule moralnej, gdy bada się, jakie społeczne czynniki przyczyniły się do jej powstania? Przyjrzyjcie się nazwiskom wybitnych socjologów, czy była tam choć jedna osoba wierząca? Zobaczcie też, jak często w ich życiorysach pojawia się epizod załamania nerwowego, czy nawet choroby psychicznej, Comte spędził w szpitalu psychiatrycznym dwa lata, załamanie nerwowe Spencera zmusiło go do półtorarocznej przerwy w pracy i już do końca życia nie mógł pracować dłużej niż dwie godziny dziennie. Jeszcze dłużej, bo sześć lat, chorował Max Weber, który potem już zawsze cierpiał na lęk przed publicznymi wykładami. Karol Marks również skarżył się w ostatnich latach życia na «chroniczną depresję psychiczną». Wiecie państwo sami, jak skończył Nietzsche, a jeśli nie, przeczytajcie jego ostatnie listy. Inne pytanie: dlaczego księża, którzy zajmują się socjologią religii, ograniczają się niemal wyłącznie do badań empirycznych albo do powierzchownych esejów wpadających raczej w teologie pastoralną?”

Miał, cholera, rację.

W chwilach takich jak ta, żałował, że nie posłuchał tego ostrzeżenia, ale teoria go zafascynowała. Zafascynowało go myślenie, analizowanie faktów z różnych perspektyw, zaglądanie za kurtynę, szukanie korzeni zjawisk. Czytywał nie tylko socjologów, ale za radą Śliwińskiego, także filozofów, zwłaszcza Hegla, Nietzschego, Kierkegaarda, Schelera. Dało mu to zupełnie nowe rozumienie świata. „I ani jednego dogmatu” – pomyślał z nutą goryczy. Kiedyś wspomniał o tym Śliwińskiemu. Ten poradził mu, aby czytał więcej Hegla, żeby nauczyć się przechodzić od antytezy do syntezy. Z tym Jakub na razie miał problemy. Wolał, wzorem amerykańskiego trapisty, Thomasa Mertona, poczytać sobie codziennie Nietzschego przed zaśnięciem, tak dla pokrzepienia.

Jak to robił Michał? Nie należał przecież do ludzi, którzy zwykli traktować wiarę na sposób Hobbesa: „połykać bez rozgryzania – jak lekarstwo”. Nie mówiąc już o księdzu profesorze Walczeskim, którego wykładów kiedyś słuchał, a były,  rzeczywiście, na porządnym akademickim poziomie. Nie jak te kazania biskupów, pełne moralizatorstwa okraszonego przechwałkami o zagranicznych podróżach, i znajomościach w kurii rzymskiej. I mówił po ludzku, a nie w tym dziwnym kleszym tonie, z tą śmieszną patetyczną i przeteatralizowaną manierą. Wiedzę, zwłaszcza historyczną i filozoficzną, miał olbrzymią. Jak on to łączył z wiarą? Może przymus ze strony wcześniej dokonanych w życiu wyborów? Kim mógłby zostać ksiądz z kilkunastoletnim stażem, gdyby stracił wiarę i opuścił swój stan? Całe życie trzeba by zaczynać od nowa. Ludzie ci muszą pod groźbą uczynienia bezsensownym całego dotychczasowego życia, chyba wręcz kompulsywnie szukać sposobów, aby to wszystko „trzymało się kupy”. I tak, dzięki wewnętrznym dylematom teologów Kościół może rozwijać własną doktrynę i czynić ją coraz bardziej, choć nigdy zupełnie, zgodną ze zdrowym rozsądkiem.

W gruncie rzeczy, było to dla Jakuba nieważne. Sam odrzucił chrześcijaństwo wyłącznie na własną odpowiedzialność, przez nikogo nie przekonywany czy namawiany. W pewnym momencie przemyślał to dokładnie. Przyjrzał się początkom chrześcijaństwa, uznał, że to wszystko opiera się „na słowie honoru” członków proletariatu jerozolimskiego, może i uczciwych, ale niezbyt rozgarniętych. Po przeczytaniu Spencera, nie był też przekonany co do etycznej wartości chrześcijaństwa. Idea Boga, którego trzeba przejednywać krwawą ofiarą z jego własnego syna, wydawała mu się już nie tyle barbarzyńska, za jaką można by ją uznać w odniesieniu do starożytności, ale po prostu niezdrowa. Osinowym kołkiem dla jego wiary był „Antychryst” Nietzschego bezlitośnie tropiący fałsz resentymentu w Nowym Testamencie. Gdy dojrzał już do tego, by nie oszukiwać samego siebie, po prostu podjął decyzję. Może też zwyczajnie uświadomił sobie to, co się w międzyczasie w nim dokonało.

Później była krótka przygoda z buddyzmem. Buddyzm podobał mu się, czuł z nim pokrewieństwo, była to wszak religia powstała wśród intelektualistów, a nie plebejuszy jak chrześcijaństwo. Religia wyrozumiała, krytyczna, racjonalna, choć – i to już się Jakubowi mniej podobało – zawierająca sporo magii, zwłaszcza w swej wersji tybetańskiej, z jaką się zetknął. Buddyści stanowili też zbieraninę ludzi określonego typu, młodzi rzutcy biznesmeni, trochę szpakowatych pracowników nauki, ale głównie z dziedzin ścisłych, rozrywkowi studenci, różne artystyczne dusze. Krótko mówiąc, nie czuł się wśród nich zbyt dobrze, nie poznał nikogo, z kim mógłby się zaprzyjaźnić, a jak wiedział z wykładów Śliwy, nie ma konwersji bez nawiązania więzi emocjonalnych z członkami wspólnoty.

Jakub w zasadzie nie odrzucił buddyzmu, po prostu uznał, że nawet on nie opiera się relatywizacji. Nie przekonywała go zwłaszcza kosmologia buddyjska – tutaj czuł się jeszcze nieco chrześcijaninem, a raczej monoteistą. Hipoteza Absolutu stojącego u początku wszystkiego wydawała mu się bardziej racjonalna, niż hipoteza „jeżdżącego pociągu bez lokomotywy”, jak zdawał się przedstawiać buddyjski wszechświat bez Boga. Od tego czasu jednak zaczął strzyc się na jeża i generalnie nosić się na wojskowo, a przynajmniej z militarnymi akcentami. Przypominało mu to o potrzebie duchowej dyscypliny.

Rozdział II

Gdy skończył pisać referat, mógł z czystym sumieniem poświęcić ostatni tydzień, który pozostał do rozpoczęcia wykładów, na szukanie informacji o tajemniczej grupie religijnych dywersantów. Zaczął od skontaktowania się z szamanistami, którzy podobnie jak on byli świadkami ostatniego zajścia. Sam prelegent nie miał pojęcia, kto go zaatakował. Jakub zapytał też o następne wykłady, ale człowiek ten na jakiś czas miał dosyć publicznych występów. Wolał poświęcić się organizacji warsztatów, tam przyjeżdżają przynajmniej ludzie, którzy wiedzą, czego chcą.

Przejrzał jeszcze raz wszystkie słowniki nowych religii jakie posiadał, ale było to trochę bezsensowne. Miał stanowczo za mało informacji. Michał natomiast zadzwonił do paru ośrodków antysektowych w Polsce (powstało ich w sumie chyba około trzydziestu), ale wszyscy otwierali szeroko oczy. Zresztą z tak skąpymi informacjami, nie za bardzo wiedział jak zadać pytanie. Sytuacja wydawała się patowa.


Zajrzał do biblioteki i po odstaniu parunastu minut w kolejce do komputera sprawdził, jak rozwinęła się dyskusja na grupie szamanistów.

Byłem na wykładzie, ale za cholerę nie wiem, o czym był ;–)” napisał Siedzący Wilk.

Ja z kolei nie wiem, kto go tak naprawdę prowadził” – skwitował Biały Bawół.

No nie, było odlotowo, tylko kto wpuścił tych wariatów???” – wpisał Peyotl.

Wpuszczano wszystkich, problem, aby niektórych odpowiednio wcześnie wypuścić :–)” – odparł Czarny Kruk.

Z tymi stanowczo za długo zwlekano” – zgodził się Peyotl.

A ja uważam, że w tym, co mówili, było trochę racji, szkoda, że im przerwano” – nie zgodziła się Szamanka.

Co ty w tym widziałaś? Apologię mistrzostwa? Szukasz tatusia? Nie czytałaś u Castanedy, że era mistrzów już minęła?” – Kasia.

Mi tam to z daleka trąciło jakimś sekciarstwem. Faceci byli wyraźnie nawiedzeni, ktoś im nieźle namieszał w głowie. Ten brodacz mówił jak Goebbels” – dorzucił znowu Peyotl.

Ja tam nie byłem i nie za bardzo wiem, o czym mówicie, co to za ludzie?” – zapytał Wojtek.

Cholera wie. Może jacyś ewangelicy albo jakaś sekta. Czy komuś się przedstawili?” – Siedzący Wilk.

Porównując daty postów, Jakub zorientował się, że w tym momencie na wiele godzin dyskusja zamarła. W kolejnym poście jednak jakiś Artur wpisał:

Nie wiem, co to za jedni, ale słyszałem, że jakiś czas temu podobni zadymiarze pojawiali się na treningach różnych sekcji tai–chi i qigong”.

Peyotl zapyał: „I co robili?

Mniej więcej to, co na wykładzie. Rozwalali trening, chcieli ośmieszyć nauczyciela i chyba rozbić sekcję. Może chcieli też kogoś zwerbować, ale z tego co wiem, z marnym skutkiem”.

Do mojej sekcji też kiedyś taki jeden przyszedł, bawił się hipnozą na moich uczniach aż go wyprosiłem” napisał niedługo potem Miszcz.

Ta ostatnia uwaga zainteresowała Jakuba, więc napisał do owego Miszcza na prywatnego maila. Przedstawił się jako student badający takie przypadki i poprosił o trochę bardziej szczegółową relację.  Po kilku dniach otrzymał odpowiedź:

Nie pamiętam jak się przedstawiał. Chciał, by się do niego zwracano „Tai Szy”. Szczupły, niski, z rzadką bródką. Oczy i wyraz twarzy człowieka nawiedzonego choć cały czas zachowywał się bardzo uprzejmie. Pamiętam, że to było kilka lat temu, chyba jeszcze za komuny. W tamtych czasach każdy, kto mówił, że zna się na filozofii i kulturze Dalekiego Wschodu i potrafił o niej przekonująco mówić – uważany był za kogoś wyjątkowego. Zjawił się u mnie na zajęciach i poprosił mnie o zgodę na przeprowadzenie wykładów na temat chińskiej filozofii. Miałem w swojej sekcji tai chi ok. 50 osób na sali i prowadziłem w tym czasie cykl prezentacji rożnych systemów walki, ale też wykłady na temat kultury chińskiej i tematów pokrewnych, a wiec ów gostek trafił wówczas w sedno. Zgodziłem się na wykład, zostawiłem go z ludźmi, a sam poszedłem do swego kantorka obok sali. Tam mniej więcej przysłuchiwałem się 5/10–te jego wywodom. Pamiętam, że w pewnym momencie zaczął demonstrować wraz ze swoim uczniem jakieś ćwiczenia oddechowe. Twierdził, że to miała być niby jakaś interpretacja „ćwiczeń 5 zwierząt”. To mnie wówczas zaciekawiło.

Gościu był generalnie spokojny, ale w trakcie wykładu zaczął manipulować głosem, jego natężeniem, a przez to wpływać na nastroje ludzi. Zwróciłem na to uwagę, więc wróciłem na salę. Patrzę, a tam kilka dziewczyn z sekcji siedzi bladych jak ściana i słucha go jak jakiegoś zbawiciela. Jedna płacze, bo zaczął na nią krzyczeć i wyciągać jej sekrety z życia prywatnego. O coś ją między innymi tam obwiniał. Gdy zjawiłem się na sali troszkę zmienił ton, i teraz całą uwagę skupił na mnie. Najpierw opowiadał o mnie chwaląc, a potem lekko grożąc, zaczął przechwalać się, że potrafi wszystkich moich uczniów pociągnąć za sobą. W ten sposób miało się okazać, kogo ludzie wybiorą. Faktycznie udało mu się wyprowadzić z sali ok. 40 osób. Chodził z nimi po korytarzu coś tam bełkocząc, po czym wrócił na salę. Jestem generalnie tolerancyjny, więc pozwoliłem mu na to, ale moi starsi uczniowie chcieli go zlinczować. Ostatecznie dałem mu kurtuazyjnie do zrozumienia, że nasza „współpraca” na tym się kończy. Później słyszałem plotki, że ktoś inny go pobił i wyrzucił z sali, ale nie wiem, ile w tym było prawdy. O co mu chodziło? Sądzę, że chciał sprawdzić swoje umiejętności oddziaływania na ludzi, jak dalece może nimi manipulować. Nikt z moich uczniów nie przekonał się do jego nauk, ale po jego wizycie kilkoro przestało chodzić na zajęcia. Co się z nim dalej stało, nie mam pojęcia. To działo się w Opolu, ale wiem, że był też w Krakowie i Wrocławiu.

Niewiele, ale zawsze coś. Zapisał maila w osobnym pliku na dyskietkę i zakończył pracę.

Jakub zamyślił się. Informacja ta tylko częściowo odpowiadała wzorcowi zachowań nieznajomych, który sam zaobserwował. Brakowało charakterystycznego śmiechu, no i te eksperymenty hipnotyczne jakoś nie pasowały do brodatych facetów w białych czapeczkach, choć, kto wie? Zbliżone było natomiast pole ataku. Tai–chi, generalnie wschodnie sztuki walki to też swego rodzaju systemy inicjacyjne. Oryginalne, wschodnie nauczanie było ściśle związane z przekazywaniem złożonej wiedzy ezoterycznej, o cyrkulacji energii czy o pracy z umysłem – bez tych elementów byłyby tylko udziwnionym i średnio skutecznym rodzajem boksu. Same w sobie zawierały już relację: wtajemniczony–adept, mistrz–uczeń, a stąd tylko krok do bardziej złożonej organizacji. Podobny był też wzór ataku: ośmieszeniu innych towarzyszyło przedstawienie siebie w pozytywnym świetle. Mogło chodzić również o werbunek.

Jakub przyjął hipotezę, że tajemniczy Tai–Szy i poszukiwana przez niego grupa mają z sobą coś wspólnego. Zwłaszcza relacja „Artura” wydawała się odpowiadać wzorcowi. Na tej podstawie można się było spodziewać, że spróbują uderzyć też w inne systemy inicjacyjne, najpewniej w jogę. Może też sami wykorzystywali podobne techniki jako narzędzie formacji? Trudno byłoby im rozbijać sekcje sztuk walki i podważać autorytet trenerów, jeśli sami nie reprezentowaliby pewnego poziomu w tej dyscyplinie. To nasuwało inne przypuszczenie: zatem byłby to w pewnym stopniu atak na konkurencję. Najprawdopodobniej sami reprezentują jakiś system tego rodzaju.

Nazajutrz w bibliotece usiłował sprawdzić cóż może oznaczać owo Tai–Szy po chińsku. Niestety, aby skorzystać ze słownika chińsko–rosyjskiego – a taki przyniosła mu bibliotekarka jako najlepszy, trzeba było znać chińskie pismo. Na szczęście był i inny słownik, który zamiast hieroglifów podawał pisownię słowa w transkrypcji „pinyin”, czyli przy pomocy łacińskich liter. Kolejną trudnością była osobliwość chińskiego: okazało się, że każdą sylabę można było wymówić na kilka sposobów i znaczyła ona za każdym razem co innego. Co innego znaczyło „Szy” z intonacją wznoszącą, jak w zdaniu pytającym, co innego z tonacją opadająco–wznoszącą, jak w zdaniu wyrażającym zadziwienie, a co innego z prostą tonacją oznajmującą. Generalnie znaczeń było kilkadziesiąt – w zależności od pisowni i wymowy. Nie wiedział więc, czy chodzi o wielkiego lwa, wielki kamień, początek czy rycerza – by wspomnieć tylko niektóre. Z wszystkich możliwych kombinacji najbardziej prawdopodobna wydała się Jakubowi „Wielki Mistrz”.

Tak, czy inaczej, krąg poszukiwań został wstępnie określony – trzeba było zacząć rozpytywanie od środowisk związanych z orientalnymi tradycjami ezoterycznymi – począwszy od jogi, skończywszy na kung–fu. Może ktoś wie, czy gdzieś pod płaszczykiem zajęć z jogi czy sztuk walki nie skrywa się jakiś bardziej zwarty ruch religijny czy ezoteryczny, który swą działalnością wykracza poza samą praktykę asanów.

Tutaj najlepiej byłoby znaleźć dobrych informatorów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i orientowali się w środowisku. Jakub wyszukał takie trzy nazwiska w informatorze Kto jest kim w polskim New Age’u. Chwycił za słuchawkę i umówił się z nimi na spotkania.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
Kamil M. Kaczmarek

O autorze:

Kamil M. Kaczmarek

Kamil M. Kaczmarek, ur. 1973, jest socjologiem pracującym na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Opublikował cztery książki i wiele artykułów poświęconych socjologii religii, a także nowym ruchom religijnym.


Komentarze

Zostaw odpowiedź

*